Powołanie do misji głoszenia kerygmy
Dodane przez Zbigniew Kowalski dnia 23.05.2018
Było to w 1996 roku. Jechałem do Gdańska, aby odwiedzić mych rodziców. Mieszkali na ulicy Tetmajera w dwu-pokojowym mieszkaniu. Jeden pokój zajmowali oni, a w drugim mieszkała moja siostra z dwójka swych nastoletnich dzieci. W trakcie podróży czytałem książkę Jose P. Floresa „Jak ewangelizować ochrzczonych”. Postanowiłem, że zewangelizuję swego siostrzeńca. Ponieważ nie zdążyłem przeczytać całej książki, więc po wyjściu z pociągu poszedłem do baru dworcowego w Gdańsku i przeczytałem książkę do końca.
Rozszerzona zawartość newsa
Było to w 1996 roku. Jechałem do Gdańska, aby odwiedzić mych rodziców. Mieszkali na ulicy Tetmajera w dwu-pokojowym mieszkaniu. Jeden pokój zajmowali oni, a w drugim mieszkała moja siostra z dwójka swych nastoletnich dzieci. W trakcie podróży czytałem książkę Jose P. Floresa „Jak ewangelizować ochrzczonych”. Postanowiłem, że zewangelizuję swego siostrzeńca. Ponieważ nie zdążyłem przeczytać całej książki, więc po wyjściu z pociągu poszedłem do baru dworcowego w Gdańsku i przeczytałem książkę do końca. Gdy wreszcie przyjechałem do domu rodziców, było już zbyt późno na ewangelizację i przełożyłem ją na następny dzień.

Nocowałem w pokoju rodziców. Drzwi w pokoju rodziców były zamknięte na zamek, tak że nikt z zewnątrz nie mógł do tego pokoju się dostać. Nagle w środku nocy obudziłem się. W pokoju panowała całkowita ciemność. Jedynie przez okno wpadało trochę światła z względu na świecące się uliczne lampy. Właśnie na tle jaśniejszego okna zobaczyłem kontur barczystego mężczyzny siedzącego tuż przy moim łóżku. Oparłem się na łokciu i wpatrywałem się ze zdziwieniem na postać długowłosego mężczyzny. Zobaczyłem, że rodzice śpią obok na innym łóżku, a drzwi są zamknięte, okno również. Jak dostał się ten człowiek do tego pokoju skoro drzwi były zamknięte od środka, a klucze mieli tylko moi rodzice. Nawet inni domownicy nie mieli dostępu do tych kluczy. Jak dostał się on do środka (zob. J 20,19)? Nawet nie zbudził rodziców. Po prosu siedział przy mnie w odległości około 1 metra i nic nie robił. Mój mózg zaczął szybko pracować. Co mam zrobić? Jestem przyparty do muru. Za sobą miałem ścianę a przed sobą tego osiłka. Postanowiłem, że będę z nim walczył, skoro się tu włamał - jak sądziłem - w złych zamiarach. Na moment przed tym jak miał mi podskoczyć poziom adrenaliny we krwi, nagle usłyszałem głośne wołanie dobiegające z góry od strony sufitu: „TO JEZUS”.

Zamiast adrenaliny ogarnęła mnie fala miłości i szczęścia. Teraz Go poznałem. To przecież JEZUS. Jak mogłem Go nie rozpoznać (zob. Łk 24,16). Nie widziałem Jego twarzy, lecz wiedziałem że to On. Aniołowie powiedzieli mi wyraźnie, że to JEZUS. Nie wiedziałem jak mam się zachować. Ciągle siedziałem w pozycji półleżącej oparty na prawym łokciu. Co zrobić? Postanowiłem, że dotknę ramienia Jezusa. Gdy tylko powziąłem tą myśl Jego postać zaczęła powoli, powoli znikać. On nie wstał i nie odszedł, lecz zanikał. Jego kontur rozpłynął się zupełnie tak samo jak czasami to widać na filmach. W końcu zniknął zupełnie. Wyciągnąłem rękę, lecz moja dłoń trafiła w próżnię. Jezus rozpłynął się, lecz coś pozostawił. Moje serce przepełnione było radością, pokojem, szczęściem a nade wszystko miłością. On dał mi moc miłości, tchnął we mnie moc Ducha Świętego (zob. J 20,22). Poczułem się gotowy do wypełnienia wszystkiego czego ode mnie zażąda. Wtedy przypomniałem sobie, że to właśnie dzisiaj postanowiłem przeprowadzić moją pierwszą ewangelizację, że po tej nocy będę głosił kerygmę tak jak to czynił św. Piotr (zob. Dz 2).

Tej nocy zostałem posłany przez samego Jezusa do całego świata, abym głosił Jego Ewangelię. Otrzymałem osobiście od Jezusa misję, która brzmi „«Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16,15-16). On przyszedł do mnie w nocy przed moją pierwszą ewangelizacją opartą na kerygmie apostolskiej. Siedząc przy mnie chciał mi powiedzieć: „Nie bój się – wyrocznia Pana - Ja Jestem z tobą by cię ochraniać” (Jr 1,19). Minęły w moim życiu od tego czasu 22 lata, które można by streścić jednym zdaniem: „Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły” (Mk 16,20). Tymi znakami były i są liczne nawrócenia, które dokonywał Jezus przez głoszenie kerygmy. Ja zaś jestem głosicielem i świadkiem tych cudów. Jezus żyje i działa! Chwała Panu!